Ostatnio dostałam SMS'a, od mojej przyjaciółki, o wyjątkowo cieszącej mnie treści:
"Kupiłam Ci dwie koreańskie maseczki. Kosztowały niecałe 3 zł w Auchan."
Nie mogłam się doczekać, kiedy je dostanę, z kilku powodów. Jednak finalnie, moje myśli sprowadzały się do tego, że w takiej cenie nie da się znaleźć żadnego dobrego produktu tego typu, a tym bardziej "Made in Korea". Od razu, po przetestowaniu, dowiedziałam się jak dalekobieżna była moja opinia. Dziś nie wyobrażam sobie bez nich mojej kosmetyczki. Zapraszam do czytania :)
Po powrocie ze spotkania z przyjaciółką, wiedziałam, że ten wieczór, bezapelacyjnie, poświęcony będzie twarzingowi. Gdy tylko dokładnie oczyściłam twarz, moim ulubionym, ostatnio, mleczkiem do demakijażu, firmy Vianek, zaczęłam działać. Z chęcią otworzyłam pierwsze opakowanie maski z granatem. Z początku odurzył mnie dość alkoholowy zapach, który w mgnieniu oka się utlenił i w powietrzu pozostała tylko nuta owocu granatu. Kształt maseczki idealnie dopasował się do mojej twarzy (co wcale nie zawsze jest takie oczywiste) jakby ktoś produkował ją na miarę. Przylgnęła tak dobrze, że po 20 minutach przyjemnego chłodzenia, niechętnie ją zdejmowałam. W lustrze zobaczyłam, że kolor mojej skóry się niemal w całości ujednolicił. Buzia była miękka i sprężysta, jak po żadnej innej maseczce, które stosowałam. Może było to niepotrzebne, ale po skończonym zabiegu, użyłam kremu ze śluzem ślimaka z koreańskiej firmy Secret Key, a także Sleeping Pack 3W Clinic. Wszystko zakończyło się sukcesem :)
Następnego dnia kusiło mnie, by spróbować drugiej maseczki, ale skóra była jedwabista, więc odpuściłam sobie kolejny twarzing. Nie mogłam długo czekać, czułam się jak uzależniona, dlatego po dwóch dniach otworzyłam drugą, aloesową. Analogicznie, najpierw oczyszczenie, później maska. W tej, zapach alkoholu był praktycznie niewyczuwalny, więc śmiem sądzić, że ekstrakt z granatu zwyczajnie zrobił swoje. Trzymałam ją krócej o 5 minut. Tym razem, gdy zobaczyłam kondycję mojej cery w lustrze, myślałam, że się przewrócę. Koloryt był wyrównany w 100%, nawet moja, zawsze czerwona, strefa T miała piękną, zdrową barwę. Efekt był olśniewający, niczym z reklam! Twarz promieniała, była niesamowicie nawilżona, miękka, a nawet jakby lżejsza. Wszystkie szare plamki zniknęły, razem z niewielkim białym pryszczem. Poszłam spać, tym razem bez innych nawilżaczy, a sukces dnia poprzedniego, utrzymał się aż do rana.
Ten produkt, to jakieś cudo! Absolutne Must Have. W tej równej walce, mimo wszystko, wygrywa maska aloesowa, ale z pewnością zakupię obie, gdy tylko będę w Auchan, czyli jutro :D
Rosella - zapamiętajcie i jeśli znajdziecie u siebie, bierzcie w ciemno. Świetna rzecz, za jedyne 3 złote!
Paulina

Już dwa razy byłam w Auchan i nie potrafiłam ich znaleźć :(
OdpowiedzUsuńJa szukam ich od stycznia, średnio raz w tygodniu i nic :( Chyba je wycofali. Internet też milczy, nigdzie ich nie można dostać, za żadną cenę...
Usuń