Postanowiłam przerzucić się na wersję mobilną bloga, ze względu na to, że spędzam za dużo czasu poza domem, przez co możliwości na pisanie postów brak. Z laptopem podróżować tramwajami trochę słabo, więc spróbuję pisać na telefonie, a edytować wieczorami na komputerze. Edycja jest nieunikniona, ze względu na ogromną ilość przekształceń przez mój "inteligentny" słownik w smartphone'ie. Mam tu na myśli automatyczną korektę słów takich jak np.:
usamodzielnić -> jeb*e dzielnice
jamnik -> jajnik
lub brzoza -> koza.
Ten drugi przykład był całkiem dziwny, gdy pisałam na Facebook'u post o soku brzozowym. "Sok z kozy ma bardzo korzystny wpływ na...". Oj, wielkie było moje zdziwienie, gdy to przeczytałam, po jego publikacji.
Ale do rzeczy! Miałam ostatnio okazję testować tytułową maseczkę w płachcie z Bielendy z kwasem hialuronowym. Jesteście ciekawi mojej opinii?
Zapraszam, do czytania :)
Bielenda wkraczając na koreański rynek kosmetyczny, zdecydowanie poprawiła jakość swoich produktów, jednocześnie podnosząc mój poziom ciekawości dotyczący ich kosmetyków. Bo przecież wiadomo, co koreańskie, jest w moich oczach godne uwagi (i nie mówię tutaj wyłącznie o kosmetykach :D). Ponadto promocje w Rossmann'ie sprawnie uszczuplają mój portfel, gdyż wpadam w jakiś twarzingowy szał zakupów. Właśnie z tego powodu ów maseczka wpadła mi prosto w ręce już przy samej kasie. A dokładniej trzy sztuki dla całej rodzinki. Ze składem zaznajomiłam się dopiero w domu. Standardowo, przeanalizuję go dla Was ;)
INCI: Aqua, Glycerin, Panthenol, Sodium Lactate, Palmitoyl Tripeptyde-5, Hyaluronic Acid, Sodium Hyaluronate, Lactic Acid, Hydrolized Glycosamino Glycans, Hydroxyethyl-cellulose, Polysorbate 20, Ethylhexylglycerin, Phenaxyethanol, Methylparaben, Parfum, Butylphenyl Methylpropional, Limonene.
Ogólnie rzecz biorąc skład moim zdaniem jest bardzo dobry. Nie jestem osobą, która wpada ze skrajności w skrajność, więc niewielka ilość konserwantów mi nie zaszkodzi ;) Zwróćcie tylko uwagę na Butylphenyl Methylpropional! Znajduje się on na liście potencjalnych alergenów :<
INCI: Aqua, Glycerin, Panthenol, Sodium Lactate, Palmitoyl Tripeptyde-5, Hyaluronic Acid, Sodium Hyaluronate, Lactic Acid, Hydrolized Glycosamino Glycans, Hydroxyethyl-cellulose, Polysorbate 20, Ethylhexylglycerin, Phenaxyethanol, Methylparaben, Parfum, Butylphenyl Methylpropional, Limonene.
Ogólnie rzecz biorąc skład moim zdaniem jest bardzo dobry. Nie jestem osobą, która wpada ze skrajności w skrajność, więc niewielka ilość konserwantów mi nie zaszkodzi ;) Zwróćcie tylko uwagę na Butylphenyl Methylpropional! Znajduje się on na liście potencjalnych alergenów :<
Teraz już o samym działaniu. Po złuszczeniu martwego naskórka drobnoziarnistym peelingiem, który jest jednocześnie moim ulubionym i niedługo Wam o nim naskrobię parę słów, nałożyłam na twarz maseczkę. Standardowy rozmiar, odpowiednio ponacinany, pasował jak ulał (wyłącznie mój tata odciął kawałek dolnej części maseczki i przykleił ją do czoła ;D). Podczas noszenia czuć było kwasy, które, współpracując z moją skórą, lekko podszczypywały policzki i czoło. Po upływie 15 minut cera była promienna, minimalnie ujędrniona i sprężysta, a do tego mięciutka.
Efekt u taty był nieco inny. Może powinnam wspomnieć, że uparty z niego człowiek i twierdzi, że jak ma już tak przesuszoną skórę, to dopiero wtedy można pomyśleć o zastosowaniu kremu. Z racji, że ostatnio kremy mu już nie pomagały, zażyczył sobie maseczkę w płachcie. No i dostał. Ale nikt, poza nim, nie oczekiwał nie wiadomo jak cudownej przemiany. Zdecydowanie zyskał ładny i jednolity kolor twarzy oraz całkiem spore nawilżenie (jak na moje oko, bo on wciąż sądzi, że widocznych efektów brak, pic na wodę i inne takie). Fakt jest taki, że mężczyźni są o wiele bardziej gruboskórni i ciężej ich dopieścić jakąś tam maseczką.
Ja jestem na tak, aczkolwiek Bielenda nie przebije w tym, jak i przypuszczam w żadnym innym momencie mojego HIT'u z Auchan - niedostępnych już, niestety, masek w płachcie Rosella </3
Paulina
Efekt u taty był nieco inny. Może powinnam wspomnieć, że uparty z niego człowiek i twierdzi, że jak ma już tak przesuszoną skórę, to dopiero wtedy można pomyśleć o zastosowaniu kremu. Z racji, że ostatnio kremy mu już nie pomagały, zażyczył sobie maseczkę w płachcie. No i dostał. Ale nikt, poza nim, nie oczekiwał nie wiadomo jak cudownej przemiany. Zdecydowanie zyskał ładny i jednolity kolor twarzy oraz całkiem spore nawilżenie (jak na moje oko, bo on wciąż sądzi, że widocznych efektów brak, pic na wodę i inne takie). Fakt jest taki, że mężczyźni są o wiele bardziej gruboskórni i ciężej ich dopieścić jakąś tam maseczką.
Ja jestem na tak, aczkolwiek Bielenda nie przebije w tym, jak i przypuszczam w żadnym innym momencie mojego HIT'u z Auchan - niedostępnych już, niestety, masek w płachcie Rosella </3
Paulina


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz