Witajcie po tej zapowiedzianej przerwie na licencjat -,-''
Obroniłam się w piątek i jestem już do Waszej dyspozycji. Niedługo, tak jak obiecywałam, zamierzam wstawić tutaj treść mojej pracy licencjackiej, "Kobiety bez wieku", czyli sposoby pielęgnacji cery, wiecznie młodych Azjatek. W trakcie tejże przerwy od życia oraz udzielania się w mass mediach, przygotowałam dla Was wiele ciekawych recenzji, które będę systematycznie publikować :)
Zacznę od ciekawego produktu, który przyleciał do mnie prosto z Korei~
Zapraszam!
Rozpocznę ten post wzmianką o super opakowaniu, a właściwie opakowaniach, jakie posiadają wszystkie produkty w Korei. Fakt, że na koreański rynek wypuszcza się nowe kosmetyki z prędkością światła powoduje coraz większą rywalizację o pozyskanie konsumentów. Mieszkańcy tego kraju zdecydowanie nie przywiązują się do marki, a jedynie do działania. Który więc wybrać, jeśli dwa kosmetyki dają podobne rezultaty? Ten z ciekawszym opakowaniem! To właśnie dlatego nie da się przejść obojętnie obok kolorowych, słodkich czy śmiesznych szat graficznych... bynajmniej ja nie mogę i wydam krocie na maseczki czy kremy.
Gdy już wystarczająco nacieszyłam się smutną, zawągrzoną, komiksową Panią i przesłałam zdjęcie składu z koreańską instrukcją obsługi prywatnemu tłumaczowi...
...zabrałam się za aplikację. Po głębokim oczyszczeniu twarzy, ze szczególnym zwróceniem uwagi na okolice nosa, otworzyłam plasterek, odklejając go od folii. Na dokładnie zwilżony nos przykleiłam plaster, dociskając go mocno, aby przylegał do każdego miejsca. I właśnie w tym momencie pojawił się problem z różnicą gabarytową. Małe noski azjatyckie vs. europejskie kinole. Nierówna walka. Mój nochal zwyczajnie nie zmieścił się pod plasterkiem, znacznie wystając poza jego część, eh...
Zazwyczaj siedzę z zaaplikowanym produktem dłużej, niż zaleca się na opakowaniu, aczkolwiek w tym przypadku 15 minut nie przekroczyłam, gdyż czułam się jakbym miała nos w gipsie. Zgodnie z opisem, plasterek stwardniał, pozwalając nam przez chwilę poczuć się posiadaczami złamanego nosa. Obawiałam się, w sumie, że sama go sobie złamię, jeśli tylko spróbuję oderwać skorupkę, ale się myliłam. Plaster odszedł od skóry całkiem łatwo, jednocześnie wyciągając ze sobą małą ilość czarnych nieprzyjaciół. Skupił się raczej na niewielkich i niewidocznych zaskórnikach, te duże pozostawiając twardo na (nie)swoich miejscach.
Muszę przyznać, że choć piorunującego efektu nie doświadczyłam, po zastosowaniu nie miałam suchych skórek, które zawsze odstają po zabawach tego typu.
Ani szkody, ani pożytku. Z pewnością sprawdzi się u osób, których zanieczyszczone pory nie należą do dużych i głębokich. Jeśli jednak oczekujecie rezultatów pokroju instagramowych "reklam" Pilatena, to nie macie na co liczyć.
Paulina



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz